Ukoronowanie sezonu koncertowego na Zamku Ćmielów – relacja z Sound Of The Ages Festival

fot. Maciej Kolasa

Za nami niezwykle intensywny, koncertowy weekend. Wczoraj, 22 sierpnia 2026 roku, na Zamku Stratocastle w Ćmielowie wybrzmiały ostatnie akordy tegorocznego, bogatego sezonu koncertowego. Po wcześniejszych wydarzeniach, takich jak lipcowy występ supergrupy Beat oraz naszpikowany gitarowymi wirtuozami Festiwal Jana Borysewicza, który odbył się 25 lipca, przyszedł czas na ukoronowanie letnich brzmień – Sound Of The Ages Festival.
Kiedy w 2006 roku stałem pod sceną na koncercie Davida Gilmoura w Stoczni Gdańskiej, czułem podobny ciężar gatunkowy i magię historycznej przestrzeni, która wczoraj równie mocno unosiła się nad starymi murami ćmielowskiego zamku. Należy przy tym pamiętać, że Zamek Stratocastle to nie tylko stare przesiąknięte historią naszego kraju mury. Dla fanów muzyki to przede wszystkim muzeum, które poprzez zgromadzone w nim eksponaty świadczy o przebogatej historii muzyki rockowej. Cały festiwal, skierowany przede wszystkim do fanów muzyki, głównie tej spod znaku hard rocka, miał w sobie wspaniałą, klasyczną dynamikę doskonale wytłoczonego winyla – od intrygującej rozgrzewki na „stronie A”, aż po absolutne arcydzieła na „stronie B”.
Muzyczne zmagania rozpoczęło mocne, czeskie uderzenie w postaci zespołu Metal Factory. Dla grupy była to pierwsza koncertowa wizyta w naszym kraju i trzeba przyznać, że zaprezentowali się z bardzo świeżej strony – ich kompozycje napędzały dwie niezwykle sprawne wokalnie
i charyzmatyczne frontmanki. Prawdziwym smaczkiem, świadczącym o iście czarnym, czeskim poczuciu humoru, było zamknięcie ich występu. Usłyszeliśmy porywający cover „Fast As a Shark” formacji Accept, który – zgodnie z winylowym oryginałem – został poprzedzony odegraniem „Ein Heller und ein Batzen”. Ta niemiecka piosenka ludowa z 1830 roku (często błędnie nazywana przez fanów „Heili, Heilo, Heila”) w czasie II wojny światowej zyskała mroczną sławę jako marszowa pieśń żołnierzy Wehrmachtu. Ten przewrotny muzyczny żart idealnie ustawił atmosferę na resztę dnia.
Gdy Czesi zeszli ze sceny, do akcji wkroczyła niezawodna obsługa techniczna. Rzadko kiedy na tego typu festiwalach zmiana sprzętu odbywa się tak bezbłędnie i błyskawicznie. Dzięki nim równie szybko na deskach zameldował się warszawski Deathyard, grający gęstą, mroczną odmianę metalu. Zespół doskonale wykorzystał swój czas, serwując nam fantastyczną niespodziankę w postaci premierowego wykonania nowego utworu „What I Feel Inside”. Zaraz po nich świętujący swoje trzydziestolecie stołeczny Leash Eye uderzył w nuty rasowego, southern-metalowego, potężnego riffowania.
Kolejnym jasnym punktem programu był występ niemieckiego Masterplan. Grupa, założona w 2001 roku w Hamburgu przez byłych muzyków Helloween – gitarzystę Rolanda Grapowa i perkusistę Uliego Kuscha – zaprezentowała niezwykle melodyjne i perfekcyjne warsztatowo oblicze power metalu. Zespół promujący swój najnowszy album zatytułowany „Metalmorphosis” wykonał przekrojowy materiał, zawierający zarówno wzniosłe i monumentalne hymny grupy pochodzące z wcześniejszych albumów, jak i utwory pochodzące z promowanej płyty. Trzeba przyznać, że koncert Masterplan cechowała niezwykła selektywność brzmienia, a gitarowe partie Grapowa raz za razem przecinały swym ostrzem ćmielowskie powietrze.
Po Niemcach scenę przejął iście wybuchowy duet: grecki wirtuoz gitary Gus G. oraz chilijski wokalista Ronnie Romero, wspierani przez znakomitą sekcję rytmiczną. Ich set był absolutnym hołdem dla potęg ciężkiego rocka. Otrzymaliśmy kapitalne interpretacje „Mob Rules” Black Sabbath, nieokiełznanego „Kill the King” Rainbow czy mocnego „Cold Sweat” Thin Lizzy. Nie zabrakło też wybitnie zagranego „Highway Star” Deep Purple, „Bark at the Moon” i „Shot in the Dark” Ozzy’ego Osbourne’a, a zwieńczeniem hołdów były ołowiane dźwięki „War Pigs”. Znalazło się miejsce na wstawki autorskie, takie jak świetne „My Premonition” i brawurowe solowe „I am the Fire”. Romero raz jeszcze udowodnił, że nie bez powodu uchodzi obecnie za jeden z najbardziej donośnych głosów klasycznego hard rocka.
Przedostatnim aktem wieczoru była szkocka legenda – Nazareth. Weterani udowodnili, że prawdziwy rock nie koroduje. Na ćmielowskiej scenie zespół zaprezentował się w swoim obecnym, niezwykle zgranym składzie, na którego czele niezmiennie stoi jedyny oryginalny członek formacji, basista Pete Agnew. Na bębnach potężnie wtórował mu syn, Lee Agnew,za surowe, gitarowe riffy odpowiadał grający w zespole od połowy lat 90. Jimmy Murrison, a przy mikrofonie stanął Gianni Pontillo. Wokalista zajął miejsce przy mikrofonie pod koniec 2025 roku po odejściu Carla Sentance’a i wniósł do zespołu ogrom pełnej szacunku dla oryginału energii.
Tego wieczoru na Zamku w Ćmielowie wybrzmiały absolutne klasyki. Zespół zaserwował między innymi oparte na ciężkim riffie „Miss Misery”, a po chwili porywające do zabawy chuligańskie „Razamanaz”. Gianni Pontillo błyszczał jednak szczególnie w kultowych, wolniejszych numerach – usłyszeliśmy wspaniale, emocjonalnie zaśpiewane „Dream On” oraz łamiące serca, nieśmiertelne „Love Hurts”, przy którym publiczność przejęła inicjatywę, niemal całkowicie zagłuszając scenę. Ten nasycony przebojami set uzupełniło bujające „Holiday” oraz zadziorne, kipiące prawdziwą sceniczną energią „Go Down Fighting”, które udowodniło, że pomimo upływu lat, ten repertuar na żywo wciąż potrafi zrzucić z nóg.
Na zakończenie Festiwalu oraz jako definitywne domknięcie letniego sezonu na Zamku Stratocastle na scenę wyszedł niekwestionowany mistrz sześciu strun – Michael Schenker. Schenker wraz z towarzyszącym mu zespołem pojawił się w Ćmielowie w ramach trasy „My Years in UFO”. Ten koncert miał w sobie dramaturgię i dynamikę genialnych, podwójnych albumów koncertowych z przełomu lat 70. i 80. Set oparty wyłącznie na arcydziełach UFO uderzył w nas od pierwszych sekund z mocą rozpędzonego pociągu.
Koncert otworzył pulsujący „Natural Thing”, z którego płynnie przeszliśmy w przebojowe „Only You Can Rock Me” i drapieżne „Hot 'n’ Ready”. Muzyczne emocje sięgnęły zenitu przy „Doctor Doctor”. Koncert miał fantastyczną, organiczną wręcz strukturę, przemyślanie poprzecinaną klasycznymi popisami instrumentalnymi, w tym wgniatającym w ziemię solo na basie. Środek występu wypełniły zagrane z niesamowitym feelingiem „Mother Mary”, naznaczone melancholią „I’m a Loser” oraz pompujące krew w żyłach „This Kid’s”. Kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki „Lights Out” naprawdę można było poczuć atmosferę klasycznej koncertowej płyty „Strangers In The Night” zespołu UFO. Chwilę po piorunującym solo perkusyjnym otrzymaliśmy absolutnie zjawiskowe, nastrojowe „Love to Love”, którego ciężar i głębia idealnie skontrastowały się z pędzącym zaraz po nim „Let It Roll”. Po pięknym, wirtuozerskim interludium na instrumentach klawiszowych weszliśmy w fazę niczym nieskrępowanej rockowej euforii, którą napędzały „Can You Roll Her” i „Reasons Love”. Prawdziwą perłą w koronie całego występu było jednak wykonanie „Rock Bottom” – epickie, niebotycznie długie, ociekające magią gitarowej improwizacji, udowadniające, dlaczego Schenker pozostaje niedoścignionym mistrzem riffu. Finał tego niesamowitego występu należał do porywającego „Shoot Shoot” oraz kołyszącego „Too Hot to Handle”. To był set absolutnie kompletny.
W tym miejscu nie sposób nie zatrzymać się nad dziełem Państwa Zarębskich tj. Zamkiem i Muzeum Stratocastle w Ćmielowie. Wczorajszy, trzeci i ostatni w tym roku duży festiwal, ostatecznie i dobitnie ugruntował pozycję tego miejsca na koncertowej mapie Polski. Zamek Stratocastle wyrasta na coś znacznie więcej niż tylko kolejną plenerową scenę – to unikalna na skalę kraju przestrzeń, łącząca historyczną architekturę z misją muzealną, oddającą hołd historii gitary i muzyki rockowej.
Obserwowanie, jak ten projekt rozwija się podczas swojego dziewiczego, pierwszego lata koncertowego, napawa ogromnym optymizmem.
Organizatorom udało się stworzyć w regionie świętokrzyskim prawdziwą mekkę dla fanów klasycznego grania, w której dbałość o detale (od doskonałego nagłośnienia, przez sprawność techniczną sceny, po sam dobór artystów) stoi na najwyższym poziomie. Zamek Stratocastle ma już teraz duszę, a jego dotychczasowa działalność pokazuje, że stał się miejscem, do którego aż chce się wracać. Zupełnie tak, jak nastawia się igłę gramofonu na ulubioną, wielokrotnie sprawdzoną płytę.
/Krzysztof Adamski/

Ważne wydarzenia