Studium przemocy domowej, które powinien obejrzeć każdy – tym mianem określany jest najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego „Dom dobry”. Na ekranie kina „Etiuda” w Ostrowcu Świętokrzyskim utrzymywał się dzięki ogromnemu zainteresowaniu przez kilka tygodni. W czwartek, 2 lipca można go było obejrzeć ponownie, za sprawą Festiwalu Filmów – Spotkań Niezwykłych.
O realizacji filmu, ale też wpływie, jaki wywarł na polskie społeczeństwo, mówił sam reżyser. Przyznał między innymi, że przygotowując się do realizacji, starając się zrozumieć główną bohaterkę zagraną przez Agatę Turkot, bazował też na własnych doświadczeniach. – Byłem w szkole filmowej i mój były kolega uderzył swoją partnerkę, moją koleżankę. W szpitalu, kiedy była pod wpływem leków powiedziała mi, że to on. Następnego dnia wycofała się, stwierdziła że upadła. Ale ja jestem z Podkarpacia, pomyślałem „jeżeli on cię bije, to co ty głupia jesteś? Odejdź od niego. Jeśli potrzebujesz pomocy, nie masz gdzie spać to mów”. Wtedy tak myślałem, teraz po filmie wiem, że to jest proces, że nie można oceniać, po prostu trzeba być – mówił Wojciech Smarzowski.
Przemoc domowa w Polsce, głównie wobec kobiet, ale również wobec mężczyzn, jest jednym z największych społecznych problemów. – Każdy z nas, zna kogoś takiego. Sprawca i ofiara z filmu nie są jakimiś ludźmi z przeszłości lub nieokreślonego miejsca, oni są za ścianą – mówi reżyser. – Sprawca przemocy bardzo starannie dobiera sobie osobę, nad którą będzie się znęcać. Dużą przeszkodą jest także brak komfortu w domu. Moje doświadczenie jest też takie, że zależy jak mocno stoimy na nogach. Wiem, że gdybym pozwolił sobie na niewątpliwie dowcipny żart i zapakował go Agacie Kuleszy, to ona by mi tak odbiła, że bym się przykrył nogami, bo ona mocno stoi na nogach. Ale te same teksty w innej konfiguracji, jeżeli mamy słabszy dzień, albo po prostu mniej w sobie wierzymy, mogą być miazgą.
Choć „Dom dobry” osiągnął rekordową widownię ponad 2,5 miliona widzów w Polsce, pokazywany był również w wielu miejscach na świecie, jego twórca gorzko stwierdza, że w naszym kraju problem tkwi nie tylko w ludziach, ale przede wszystkim niewydolnym systemie. – Kilka dni temu, w Poznaniu była pani z Feminoteki i ona właśnie powiedziała, że nic się nie zmieniło. Jeżeli chodzi o ludzi, o naszą wrażliwość, to tak, natomiast jeżeli jedna osoba dostanie sto „niebieskich kart”, to ona tego nie przerobi.
Wojciech Smarzowski długo po spotkaniu z ostrowczanami odpowiadał na pytania już w kuluarach, prywatnie.
/sla/















