„Warto mieć marzenia” – relacja z koncertu supergrupy BEAT

Fot. Maciej Kolasa

Relację z piątkowego koncertu supergrupy Beat, który odbył się w Zamku Stratocastle w Ćmielowie zacznę od wspomnienia, które powróciło do mnie przy okazji tego ogromnego wydarzenia muzycznego. Parę lat temu, mniej więcej w czasach kiedy moja córka i jej przyjaciółka z dziecięcych lat miały lat dwanaście, w ich głowach narodził się pewien pomysł, który szybko stał się marzeniem. Otóż pewnego dnia dziewczęta zobaczyły teledysk zespołu U2 do piosenki „Where the Streets Have No Name”. W teledysku tym zespół U2 gra koncert na dachu niskiego budynku, który usytuowany jest na jednym ze skrzyżowań w Los Angeles. Obie panienki szybko odnalazły odpowiednik takiego miejsca w Ostrowcu Świętokrzyskim. Chodzi oczywiście o sklep z tysiącem artykułów różnych znajdujący się w Ostrowcu Świętokrzyskim na skrzyżowaniu ulic: Iłżecka i Polna. Dziewczyny zamarzyły sobie, że kiedyś na dachu tegoż sklepu zagra zespół U2. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że wczoraj fani muzyki z całej Polski i nie tylko, dzięki temu, że kiedyś dwójka ludzi wymarzyła sobie stworzenie muzeum gitar i przestrzeni koncertowej wokół zamku, mieli możliwość obcowania z muzyką, która dawno już osiągnęła status klasyki muzyki rockowej. Na dodatek muzyka ta została wykonana przez prawdziwe muzyczne legendy w osobach: Adriana Belew, Tonego Levina, Steva Vaia oraz Dannego Carey’a. Dowodzi to temu, że warto mieć marzenia, zgodnie z treścią pewnej dziecięcej piosenki „marzenia się spełniają”. Ale do rzeczy!

Zamek Stratocastle w Ćmielowie – miejsce o nazwie wręcz stworzonej dla gitarowych purystów – 17 lipca 2026 roku zamienił się w absolutną stolicę światowego prog-rocka. To właśnie w tych nietuzinkowych, plenerowych okolicznościach wystąpiła supergrupa BEAT. Projekt, w którym Adrian Belew, Tony Levin, Steve Vai i Danny Carey wzięli na warsztat ikoniczną, ejtisową trylogię King Crimson (Discipline, Beat, Three of a Perfect Pair), zagrał 19 utworów. I nie był to zwykły koncert – to była lekcja muzycznej geometrii, polirytmii i nieokiełznanej energii.

Kwartet „nie brał jeńców”. Koncert rozpoczął się od gwizdka i awangardowej „Neuroticy”, która od razu wrzuciła publiczność w wir nieparzystych podziałów i nowofalowego szaleństwa. Adrian Belew, w świetnej formie wokalnej, udowodnił, że jego ekscentryczny styl bycia na scenie w ogóle się nie starzeje.

Pierwsza część koncertu była prawdziwym testem wszechstronności zespołu. Znalazło się w niej miejsce zarówno na nośne, melodyjne momenty, jak i na muzyczne eksperymenty (pełna setlista wraz z kolejnością granych utworów znajduje się na złączonym zdjęciu). To przede wszystkim materiał z płyt: Beat (pierwsze cztery utwory) i Three of a Perfect Pair (utwory od 5 do 9). Belew i spółka fantastycznie zaprezentowali bardziej przystępne formy, takie jak chwytliwy „Heartbeat”, kojący „Model Man”. W „Neal and Jack and Me” oraz instrumentalnym, pełnym gitarowych niuansów „Sartori in Tangier” usłyszeliśmy, jak Steve Vai płynnie wchodzi w buty Roberta Frippa, zachowując matematyczną precyzję. Vai zresztą w wywiadach wielokrotnie podkreślał, jak ważne jest w tej muzyce, precyzyjne odrywanie prezentowanego materiału. Końcówka pierwszego setu wgniotła w ziemię. Duszne, mechaniczne „Dig Me” przeszło w pulsujący „Man With an Open Heart” a ten z kolei w potężne, przerażające wręcz „Industry”. Pierwszą część zwieńczył instrumentalny gigant – „Larks’ Tongues in Aspic (Part III)”, gdzie Danny Carey z Toola przypomniał, dlaczego jest jednym z najlepszych bębniarzy na planecie, precyzyjnie akcentując każdą rytmiczną pułapkę.

Po przerwie muzycy wrócili, by otworzyć drugi set. Rozpoczął go Danny Carey samotnie wystukujący rytm otwierającego tę część koncertu utworu „Waiting Man”. Wkrótce do usytuowanego z przodu sceny zestawu małych bębnów podszedł Adrian Belew dołączając tym samym do swego muzycznego kompana. Ta część koncertu była zdominowana przez absolutne klasyki, które na żywo zyskały zupełnie nowy wymiar. Zaraz potem przestrzeń przed Zamkiem Stratocastle wypełniły przestrzenne dźwięki syntezatorów gitarowych w magicznym „The Sheltering Sky”. To była zaledwie cisza przed burzą, bo zespół szybko podkręcił tempo. Złowieszczy bas w „Sleepless” brzmiał niczym pulsowanie z innej galaktyki. Levin, ze swoim basem, na którym tym razem grę rozpoczął za pomocą założonych na palce pałeczek i basowymi syntezatorami, budował fundamenty utworu z wirtuozerską wręcz powagą. Następny „Frame by Frame” oraz pokazał fenomenalną współpracę na linii Belew–Vai. Słuchanie, jak ich gitary przeplatają się w polirytmicznych gonitwach, było czystą poezją. Wokalnie dopełniało to delikatne „Matte Kudasai”, które dało chwilę wytchnienia. Po nim nastąpił zwariowany „Elephant Talk”, w którym Vai świetnie naśladował słoniowe trąbienie na gitarze za pomocą kaczki (wah-wah) i ramienia tremolo. Jeszcze tylko „Three of a Perfect Pair” i główną część koncertu zakończył chaotyczny i potężny „Indiscipline”. W tym ostatnim Danny Carey zaserwował solówkę, która mogła wprawiać zgromadzonych w osłupienie.

Po ukłonach zespół na chwilę zszedł ze sceny. Powrócili po kilku chwilach. Adrian Belew podziękował publiczności za udział w koncercie oraz za to, że mogli zagrać na inaugurację takiego wspaniałego miejsca. Podziękowania otrzymali również Robert Fripp oraz Bill Bruford czyli dwaj muzycy, którzy współtworzyli w latach osiemdziesiątych King Crimson. Dodać w tym miejscu należy, że pomysłodawcę nazwy zespołu Beat był sam Robert Fripp. O tym z kolei jak ważna to postać niech świadczy to, że Steve Vai swój udział w projekcie uzależniał od akceptacji tego faktu przez Frippa. Kiedy wydawało się, że zespół zamknie się wyłącznie w ramach repertuaru z lat 80., na pierwszy ogień bisów poszedł utwór-niespodzianka – potężny, miażdżący „Red” z 1974 roku.

W interpretacji kwartetu BEAT ten i tak ciężki utwór zyskał wręcz heavymetalowy ciężar, udowadniając uniwersalność kompozycji King Crimson. Ostatnim akcentem wieczoru był nerwowy, paranoiczny ale w sumie dość taneczny „Thela Hun Ginjeet”. Belew, z uśmiechem na ustach, snuł swoją wokalną opowieść, podczas gdy sekcja rytmiczna Levin-Carey pędziła z siłą lokomotywy, by po kilku minutach zakończyć występ wielkim, kakofonicznym uderzeniem.

Publiczność zgromadzona wczoraj w Zamku Stratocastle w Ćmielowie doświadczyła czegoś niezwykłego. BEAT to nie jest zwykły coverband – to żywy, oddychający organizm muzyczny, który z wielkim szacunkiem wziął jedną z najważniejszych kart w historii progresywnego rocka i napisał jej nowoczesny, wirtuozerski aneks. Był to wielki triumf muzyki bez kompromisów.

To dobrze, że jest Stratocastle, bo dzięki temu również i mój surrealistyczny sen o koncercie największych muzycznych gwiazd praktycznie u bram mego domu czyli Ostrowca Świętokrzyskiego, mógł się spełnić.

Dziękuję!

Krzysztof Adamski

 

reklama

Ważne wydarzenia